Telefon

+48 787 308 550

Email

kontakt@metodabuteyko.pl

Kursy Online – Oddychaj w swoim własnym tempie

zadzwoń i zarezerwuj termin

Najważniejsze medale nie wiszą na ścianie. Przytulają się do nas, gdy wracamy.

Miał być przełom. Miał być wielki powrót.

Rzymski maraton – to słowo brzmiało w mojej głowie jak obietnica. Obietnica, że po latach przerwy, po czasie poświęconym rodzinie, po chorobach i przeciwnościach, znów stanę na starcie. Z zaklejonymi ustami, z numerem startowym na piersi, z determinacją, która miała przypomnieć światu, że oddech to najważniejsze narzędzie w walce o zdrowie.

Ale życie miało inny plan. I to właśnie ten plan nauczył mnie więcej niż wszystkie maratony razem wzięte.

Pierwszy cios – organizm mówi STOP

2 lutego. Organizm się zbuntował.

Byłem zmęczony, wyczerpany. Praca, obowiązki, stres – wszystko to skumulowało się i eksplodowało nagle. Choroba przyszła jak złodziej w nocy i zabrała mi siły. Tygodnie osłabienia, gorączka, zapalenie oskrzeli, antybiotyki – jeden, potem drugi, mocniejszy, bo pierwszy nie zadziałał.

Maraton? Jak biec, skoro ledwo wstawałem z łóżka?

W głowie walczyły dwie myśli: „Nie dam rady” i „Nie mogę odpuścić”.

Wszystko było gotowe – bilety kupione, pakiet startowy opłacony, przyjaciel, który miał biec obok mnie, gotowy na podróż. Żona, widząc moje zwątpienie, powiedziała: „Pojedź. Choćbyś miał tylko popatrzeć na Rzym. Po latach będziesz żałował, jeśli teraz się poddasz.”

Nie chciałem. Wiedziałem, że nie jestem gotowy. Czułem, że ciało się nie odbudowało. Ale też nie mogłem pozwolić, by wszystko poszło na marne.

W środę, 12 marca, o 3 w nocy wsiadłem do autobusu na lotnisko. Zmęczony. Osłabiony. Z nadzieją, że może jednak coś się zmieni.

Drugi cios – los się śmieje

Rzym przywitał mnie… deszczem.

Zmokłem. Zmarzłem. Organizm dostał kolejną dawkę wyzwania, ale byłem tam. Oddychałem rzymskim powietrzem. Czułem te same ulice, po których kiedyś biegałem. Trzy dni do maratonu.

Plan był prosty: stanąć na starcie i biec tyle, ile pozwoli mi organizm. Wiedziałem, że nie dobiegnę do mety. Ale chciałem spróbować. Chciałem poczuć ten moment, kiedy stawiam pierwsze kroki, kiedy czuję w nogach siłę, kiedy jestem częścią czegoś większego.

A potem… los jeszcze raz pokazał, kto tu rządzi.

Przyleciałem do Rzymu w zimowych butach. Po kilku godzinach spaceru w ciepłym słońcu pomyślałem: „Kupię sobie lekkie, letnie buty. Na pewno przydadzą się do długiego chodzenia.”

Nowe buty. Trzy dni intensywnego zwiedzania.

W sobotę, dzień przed startem, ból w kostce uderzył nagle, jakby ktoś wbił mi w nią nóż. Stan zapalny stawu skokowego.

Trzeci cios – maraton beze mnie

W dniu maratonu nie byłem w stanie przejść nawet 50 metrów. Kostka płonęła ogniem, a każdy krok przypominał mi, że marzenie, o którym myślałem przez tyle miesięcy, właśnie się rozpada.

Rano, kiedy inni zawodnicy rozgrzewali się, naklejali numery, poprawiali sznurówki, ja… byłem bezradny. Patrzyłem na nich. Słyszałem ich oddechy, widziałem skupienie w oczach. Oni mieli swój moment. Ja byłem po drugiej stronie barierek.

W środku wszystko we mnie wrzeszczało. To ja miałem tam być. To ja miałem biec z zaklejonymi ustami, pokazać światu, że Buteyko to nie teoria – to narzędzie, które działa nawet w ekstremum. Ale teraz patrzyłem, jak moje marzenie odchodzi beze mnie.

I wtedy zrozumiałem, że czasem największym wyzwaniem nie jest bieg – to obserwacja, jak inni biegną, gdy ty stoisz w miejscu.

Coś, czego się nie spodziewałem

Po zjedzeniu śniadania w pobliskim barze poszliśmy na metę, by zobaczyć, jak pierwsi zawodnicy przekraczają linię końcową.

Ból w kostce był już tak silny, że Karol, widząc moją walkę o każdy krok, wynajął mi hulajnogę. Przyjaciel to ktoś, kto w najgorszym momencie mówi: „Wsiadaj, jedziemy razem.”

I wtedy… dziennikarka włoskiej telewizji TG5 podeszła do mnie.

„Dlaczego nie biegniesz?”

Otworzyłem usta i mówiłem. O Buteyko. O zaklejaniu ust. O bieganiu. O maratonie, którego nie pobiegłem, ale który i tak mnie czegoś nauczył.

Nie wiem, czy ten wywiad został wyemitowany. Nie wiem, kto go zobaczył.

Ale wiem jedno. Nie wszystko poszło na marne.

Porażka? Nie sądzę.

Nie przywiozłem medalu. Nie przebiegłem maratonu. Nie miałem nawet ochoty, by nakleić plaster na usta do zdjęć – bo dla mnie to nie rekwizyt, tylko symbol walki.

Ale po powrocie do domu moja córka przytuliła się do mnie i powiedziała: „Tata, nie czekałam na medal. Czekałam na ciebie.”

I wtedy zrozumiałem. Czas wstać. Czas ruszyć dalej.

Nie biegłem tego maratonu, ale ta historia jest częścią mojej drogi. I teraz wiem, że muszę wrócić. Do Buteyko. Do szkoleń. Do roli lidera. Bo najważniejszy bieg to nie ten, który mierzymy kilometrami. To ten, który toczymy ze sobą.

Wróciłem z czymś o wiele cenniejszym: z lekcją pokory, z wdzięcznością dla przyjaciół i rodziny, z przekonaniem, że Buteyko to nie tylko technika – to narzędzie, które pomaga przetrwać własne upadki.

To nie koniec. To dopiero początek.

Piotr Góźdź

21.03.2025

📣 Ciekawi Cię, jak działa metoda Buteyko?

👉 Skontaktuj się ze mną:

📧 kontakt@metodabuteyko.pl

📞 +48 787 308 550